5 rzeczy, które zaskoczą Cię w nauce japońskiego

Języki azjatyckie wyglądają i brzmią zupełnie inaczej od europejskich, więc często, gdy w „niewtajemniczonym” towarzystwie zostaje poruszony temat japońskiego, wprawia to ludzi w lekką konsternację. A nie daj Boże przyznać się do podstawowej, w dodatku wciąż pogłębianej znajomości tegoż języka – wtedy zaczyna się istna burza. Od delikatnego „ale przecież to taki trudny język!”, przez wyrazy zdziwienia „ale dlaczego akurat japoński?” po bardziej dosadne „czyś Ty zwariowała?!” – spotkałam się już z całą gamą ludzkich reakcji, włącznie z potępieniem i zarzutem marnowania czasu. Przecież taki niemiecki, czy hiszpański przydałyby mi się sto razy bardziej, czyż nie? Być może. Z językami jednak zawsze byłam na bakier i nawet opanowanie zwykłego, szarego angielskiego było dla mnie czymś niesamowicie trudnym. Musiałam osłuchać się z nim, otłuc o kanciastą gramatykę i siłować z paczką anglojęzycznych znajomych, by teraz rzucić od czasu do czasu jako-tako zgrabną pętelką. Z niemieckim poddałam się w przedbiegach, a w zasadzie to przy rodzajach i przypadkach, bo nie widziałam absolutnie żadnego sensu, by się ich uczyć. I wtedy na horyzoncie jawił się Wrocław, z nowymi możliwościami, z szerszymi horyzontami… i ze szkołami języka japońskiego, których w moim rodzinnym mieście nie było.


Doskonała niedoskonałość, czyli krótka impresja z wabi-sabi w tle

Witajcie. Ponad dwa miesiące zajęło mi ogarnięcie się we własnym nieporządku, by dziś wyjątkowo napisać w nieco innej – być może bardziej osobistej – formie. Ostatnie tygodnie to dla mnie czas wielokrotnych zmian zdania, przebierania w miliardach pomysłów, bawienia się kolorami i fakturami. Jest to więc świetny pretekst do porozmawiania o czymś, co w mniejszym lub większym stopniu definiuje każdego z nas: o estetyce. Wszyscy w jakiś sposób wyrażamy siebie przez to, w co się ubieramy, jak urządzamy sobie mieszkanie, jakimi przedmiotami się otaczamy i jak gospodarujemy daną nam w jakiś sposób przestrzenią – czy to stanowiskiem pracy czy kartką, na której zapisujemy w mniej lub bardziej uporządkowany sposób mniej lub bardziej uporządkowane myśli.


Visual kei, czyli o co chodzi z tym japońskim rockiem?!

Każdy, kto choć troszkę liznął japońskiego rocka z pewnością zauważył, że rządzi się on nieco innymi prawami niż ten zachodni. Krzykliwe stroje, niebanalne fryzury, mniej lub bardziej spójne scenerie… a pomiędzy tym wszystkim dość melodyjne odmiany rocka w swoich najodleglejszych meandrach sięgające metalu. O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego w Japonii scena rockowa przypomina skrzyżowanie cyrku z teatrem zamiast epatować czernią i tak charakterystycznym dla naszej sceny mrokiem?

1200px-Visual_kei_1

Top 5 horrorów w stylu anime

Lubię horrory, a te japońskie zawsze miały w sobie coś, co przykuwało moją uwagę. Sama nie wiem, czy chodzi tu o pokręcone fabularne niuansiki, czy o przewagę atmosfery niepokoju nad strachem, ale każdy amator japońskiego horroru przyzna, że w produkcjach tych jest coś niezwykłego. Niektórzy tłumaczą fenomen azjatyckich horrorów na Zachodzie naszą fascynacją egzotyką, inni tym, że horrory takowe są dla nas ciekawsze ze względu na inny sposób prowadzenia fabuły i „cichsze” wykończenie. Może więc na chłodny wieczór przy herbacie i kadzidełku warto skusić się na jedną z takich serii? Oto kilka tytułów, które zasługują na trochę uwagi.

441075

Social media po japońsku

Żyjemy w czasach, w których zewsząd zasypują nas informacje. Postęp technologiczny, coraz to bardziej mobilne urządzenia i wymyślne sposoby komunikacji rozwijają się w takim tempie, że nie sposób za tym wszystkim nadążyć. Pamiętacie czasy (wbrew pozorom wcale nie tak odległe) kiedy królowała u nas Fotka.pl, później Nasza-Klasa, a o Facebooku nikt jeszcze nie słyszał? Nie wspominając już o Twitterze, Instagramie albo Snapchacie! Aż głowa boli od tego wszystkiego, a wciąż szereg nowych aplikacji walczy o naszą uwagę… i nasze pieniądze. Jak sprawa social mediów wygląda w Japonii? Czy tam także Facebook bije rekordy popularności, a Snapchat porywa znudzonych szkolną rutyną nastolatków?

computer-1149148_1920

5 smaków, które zaskoczą Cię w Japonii

Słyszeliście o japońskich KitKatach w wielu smakach albo o dziwacznych azjatyckich lodach? Zastanawialiście się kiedyś, czy te dziwactwa kulinarne Nipponu to jedynie internetowe pogłoski i dalekie od prawdy mity, czy jednak tkwi w nich ziarno prawdy i Japończycy rzeczywiście jedzą wszystko co napatoczy im się na talerz? Pomysł na ten post chodził za mną od dawna, bo próbując przez kilka lat japońskich słodyczy nieraz połamałam sobie zęby na różnych dziwactwach lub wykręcało mi język w drugą stronę. Ale mimo uszczerbków na zdrowiu (na szczęście tylko psychicznym) było to ciekawe doświadczenie i poznałam wiele nowych smaków – a niektóre z nich są ze mną do dziś. Chcecie poznać kilka z nich? Oto zestawienie pięciu – moim zdaniem najbardziej zaskakujących na początku nippońskiej przygody.

sweets-847920_1280

Ayakashi, czyli „klasyczny japoński horror”

Każdy miłośnik japońskiej kreskówki z czasem staje się coraz bardziej wybredny, a początkowa fascynacja, czy to tasiemcami na kształt Naruto, czy też cukierkowymi produkcjami jak Cardcaptor Sakura powoli wygasa. W zasadzie to nieistotne, w jakim gatunku anime się obracamy, w końcu dorosłość dosięga nas w swe szpony… i tak było też w moim przypadku. Przez długi czas po prostu nie mogłam znaleźć nic dla siebie i mimo usilnych starań nie potrafiłam zmusić się do więcej niż jednego epizodu każdej kolejnej produkcji. Oczywiście pojawiały się – niejako przelotem – pojedyncze tytuły jak Mirai Nikki i Shokugeki no Souma, które nie odstraszały mnie od pierwszych sekund i były (przynajmniej częściowo) powiewem świeżości w smutnym życiu podstarzałej już nieco otaku. Był to jednak jedynie wyjątek potwierdzający regułę. Po miesiącach poszukiwań zupełnie przypadkiem wpadła mi w ręce (czy może bardziej: na ekran laptopa) dość nietypowa seria, a mianowicie „Ayakashi: Japanese Classic Horror”. Okazało się, że istnieją serie, które są w stanie dopieścić oko nieco podrośniętego widza, postanowiłam więc odłożyć wyrastanie z bajek na później.

bakeneko_wallpaper_by_hairyflower

Aojiru – czyli moda na jarmuż japońskimi oczyma

Ostatnio moda na zdrowe odżywianie, uprawianie sportu i ogólnie „bycie fit” opętała świat jak jakaś zaraza, zwłaszcza, że wielkimi krokami zbliża się do nas wiosna i niedługo nie będzie można schować zimowych zaniedbań pod gruby płaszcz. Jednak – jak to zwykle bywa – lubimy szukać dróg na skróty i magicznych specyfików, które odmienią nasze życie w mgnieniu oka… albo chociaż trochę pomogą trzymać się – który to już raz – składanych sobie obietnic i kolejnych postanowień. I tak oto w łaski mediów wszelakich popadła jedna z odmian kapusty, nazywana powszechnie jarmużem, której przypisywane są liczne prozdrowotne i pomocne przy wiosennym odchudzaniu właściwości. Moda ta sięgnęła aż za ocean, gdzie aojiru, czyli zielone smoothie właśnie z jarmużu podbija serca fit Japonek w postaci suplementów, instant drinków, czy też po prostu – tak jak u nas – zdrowej alternatywy dla posiłku w postaci smoothie. Czy jarmuż może nam pomóc w osiągnięciu wymarzonej sylwetki, czy to kolejny dziwaczny trend pomagający koncernom zarobić na naszej niewiedzy?

cabbage-84455_1920